czwartek, 8 listopada 2012

Wyjaśnienie zagadki Diatłowa

Diatlow
Ostatni obóz grupy Diatłowa
Zgodnie z moją facebook'ową zapowiedzią kolejny blogowy artykuł miał być poświęcony kwestiom religii. Niestety. Dziś rano, podczas zajadania się śniadaniową kanapką z doskonałym pasztetem z kurcząt na chrupiącej bułeczce, jak piorun trafiła mnie myśl. "No tak!" wykrzyknąłem w duchu. "Jak mogłem tego nie widzieć, to takie oczywiste" - po chwili dodałem. Otóż znalazłem nić wiążącą dwa najlepiej udokumentowane (przez oficjalne władze) przypadki kontaktów istot ludzkich z wrogo do nas nastawionymi istotami spoza naszego wymiaru. 

Bez fałszywej skromności dodam, że to czego się dowiecie poniżej to absolutny unikat - nikt wcześniej tego nie publikował. Nikt inny jak dotąd nie odważył się przedstawić takiej teorii. Po pierwsze ze strachu, po drugie z braku dowodów. Mnie się udało przełamać obawę (chociaż nadal nie jestem pewien, czy aby nie za bardzo igram z siłami wyższymi) oraz co ważniejsze, odnaleźć dowód! Uczciwie ostrzegam, że historia przedstawiona poniżej jest wstrząsająca. Osobom o chwiejne konstrukcji psychicznej odradzam lekturę.


Co się wydarzyło w Canitas?

Zanim przejdę do kwestii wyprawy Diatłowa, najpierw omówię wydarzenia, które miały miejsce w meksykańskim Canitas. Wszystkim, którzy stykają się z takim tematem po raz pierwszy polecam uwadze jeden z odcinków kultowego "Nie do wiary" pod tytułem "Canitas" (LINK).

Jest rok 1982. Na ulicy Canitas w Mexico City, w jednej z wiekowych hacjend zebrała się grupa młodych przyjaciół. Postanowili, że zabawią się w wywoływanie duchów. Usiedli w kręgu, odmówili  rytualne teksty - w pierwszej kolejności starali się nawiązać kontakt z duchami znanych sobie osób, i gdy to zakończyło się fiaskiem, zdecydowali się wezwać duchy zamieszkałe w tym domu. O 20:07 zaczął się koszmar. Emanuel, jeden z uczestników stracił przytomność i po przebudzeniu już nie był sobą. Opętany, wpadł w szał, zaczął dusić swoją narzeczoną - Normę Trejo. Nawet kilku mężczyzn nie było w stanie go powstrzymać, był obdarzony nadnaturalną siłą. Po jakimś czasie się uspokoił, a ferajna postanowiła iść spać. 

W nocy, Carlosa Trejo oraz jego żonę Sophie obudziły dziwne hałasy. W domu zaczynęły szaleć urządzenia elektryczne. Zerwali się na równe nogi i wybiegli z domu. Potrzebna była im pomoc - wezwali księdza, proboszcza lokalnej parafii, Santiago Evaristo. Tej samej nocy doszło do egzorcyzmów. Podczas odmawiania przez księdza Psalmu 91, zgromadzeni obserwowali niezwykłe, przerażające zjawiska. Po zakończonych modłach ks. Evaristo udał się w drogę powrotną. Jego ciało znaleziono kilka metrów od plebanii. Nie było śladów napadu, nic nie zginęło, nie było żadnych zewnętrznych obrażeń - po autopsji okazało się, że jego wnętrzności są w takim stanie, jakby spadł z bardzo dużej wysokość bądź był ofiarą wypadku drogowego. 

Egzorcyzmy w żaden sposób nie załatwiły problemu rodziny Trejo. Carlos opowiada, że jakiś czas potem ukazała mu się postać mnicha w czarnej sutannie, która oświadczyła, że wykończy ich wszystkich. Po niedługim czasie zginęli pierwsi dwaj uczestnicy wywoływania duchów - ponieśli śmierć w wypadku samochodowym. Na przestrzeni lat tragicznie zginęło bodaj 6 z 7 uczestników wydarzeń oraz ksiądz. Przy życiu pozostał Carlos Trejo, który stał się w Meksyku osobą publiczną, celebrytą  niemalże. 

Przełęcz Diatłowa

Historia Igora Diatłowa oraz organizowanej przez niego wyprawy wałkowana jest wszędzie. Odnajdziecie setki artykułów - tych zamieszczanych w źródłach konformistycznych (Wikipedia), jak i tych non-konformistycznych (Infra). Co je łączy? Ano są jota w jotę takie same. Może te pierwsze mają lekkie odchylenie ku szukaniu prozaicznych wyjaśnień, te drugie zaś wietrzą spiski. Zanim przejdziemy do mojej teorii oraz wniosków, zapraszam do zapoznania się z poniższym opisem sprawy (szczegóły znane są dzięki pozostawionym przez uczestników wyprawy dziennikom).

25 stycznia 1959 roku grupa dziewięciu studentów z Jekaterynburga wyruszyła w rejon północnego Uralu na narciarską wyprawę. Pomysłodawcą ekspedycji był zdobywca wielu górskich szczytów, doświadczony podróżnik oraz student wydziału radiowego Igor Diatłow. Planował podówczas dużą ekspedycję na Arktykę, wycieczka po Uralu miała być tylko rozgrzewką. Do grupy dołączył doświadczony górski przewodnik Aleksander Zołotarew. Wyjazd zatem był zorganizowany w każdym aspekcie w sposób profesjonalny.

Wszystko przebiegało zgodnie z wcześniej wytyczonym planem. 28 stycznia jeden ze studentów, Jurij Judin rozchorował się, i w ostatniej chwili przed wkroczeniem w dzikie tereny, odłączył się od grupy. 1  lutego, z nieznanych przyczyn (słusznie lub niesłusznie podejrzewa się, że chodziło o warunki atmosferyczne) ekipa nieco zmieniła kurs i zamiast w pobliskiej przełęczy, rozbiła obóz na zboczu góry Cholat Siahl (tłum. Góra Umarłych). Nazwę wzniesienie zawdzięcza ugrofińskiemu plemieniu Mansów, które do dziś zamieszkuje te tereny.

Grupa ulokowała się na noc w dużym, wspólnym namiocie. W nocy, nagle, w wielkim pośpiechu postanowili zeń uciec. Ich determinację potwierdza fakt, że nie próbowali nawet otwierać namiotu, po prostu rozcięli go od środka. Tak jak leżeli - tak wybiegli. W niekompletnych strojach, bez butów, czasem bez skarpet. Panowała temperatura -30 stopni Celsjusza. 

Przebiegli 1,5 kilometra i schronili się w pobliskim lesie. Rozpalili ognisko. Było im tak zimno, że wkładali do żaru ręce - świadczą o tym silne poparzenia. Ślady wskazują również na to, że wdrapywali się na drzewa. Prawdopodobnie po to, aby zbadać sytuację w opuszczonym obozie. Trwali tak dwie godziny. Zamarzły dwie pierwsze osoby. W rozpaczy, kolejne trzy postanowiły wrócić do obozu. Zamarzli zaraz po wyruszeniu. 

Pozostałe przy życiu cztery osoby, po śmierci towarzyszy, skompletowały ubrania i tym samym zabezpieczyły się przed mrozem. Ich dalsze losy są jednak nieznane - ciała odnaleziono wiele miesięcy później, po roztopach. Przyczyny ich śmierci nie są do końca jasne. Zwłoki leżały w niezbyt głębokim (4-6m) jarze i nie nosiły zewnętrznych oznak przemocy. Dopiero po autopsji okazało się, że ich wnętrzności są w stanie takim, jak osób które giną w wypadkach drogowych (opinia policyjnego biegłego, doktora Borysa Wozrożdennego). Dodatkowo brakowało języka jednej z poszkodowanych.

Sprawa stała się bardzo głośna. Całe ZSRR żądały wyjaśnienia tajemniczych zgonów. Śledztwo trwało długo, zaangażowano najlepszych kryminologów i speców policyjnych ówczesnej Rosji. Wiecie co ustalili? Nic. Nie znaleziono żadnych śladów walki, żadnych odcisków butów osób trzecich, żadnych śladów dzikich zwierząt, żadnych śladów naturalnych katastrof (lawina, burza z piorunami), żadnych śladów eksplozji, ataku marsjan. Niczego nie znaleziono. Tylko zwłoki. Do tajnego protokołu (odtajniony dopiero w latach 90) spece jako przyczynę zajścia oraz śmierci studentów wpisali NIEZNANA SIŁA. Ponadto zamknięto cały obszar w celu "uniknięcia w przyszłości podobnych incydentów". Wyobrażacie sobie, że w radzieckiej Rosji, służby specjalne odważyły się nie wyjaśnić władzom tak nagłośnionej sprawy? Toż to kula w stopę, a raczej w głowę. A jednak.

Wyjaśnienie zagadki wyprawy Diatłowa

Od śmierci członków eskapady minęło ponad 50 lat. Żadnych odpowiedzi jak dotąd nie znaleziono. Powstał za to cały stos przypuszczeń i domniemań. Jedni wskazują na zbiorową halucynację, inni na kosmitów, jeszcze inni mówią o tajnych testach radzieckiej armii. Z uwagi na brak jakichkolwiek dowodów, żadna teoria nie trzyma się oczywiście kupy. Moja koncepcja opiera się na dość kruchej, acz nadal solidniejszej od pozostałych poszlace. 

Kiedy porównamy sprawę Canitas ze sprawą Diatłowa, to zauważymy, że autopsje zarówno księdza Evaristo, jak i czterech ostatnich członków wyprawy są identyczne! Wykazały urazy, których pochodzenia nikt nie jest w stanie wyjaśnić, a które przypominają rany odniesiony podczas wypadku drogowego. Ponadto w obydwu przypadkach nie odnotowano zewnętrznych uszkodzeń ciała. Moja wersja wydarzeń jest zatem następująca:

Jest 1 lutego 1959 roku. Kończy się właśnie szósty dzień wyprawy. Część grupy, szczególnie ta mniej  doświadczona w wysokogórskich wycieczkach, odczuwa zmęczenie i znużenie. Przewodnicy, którzy doskonale znają ten teren (przygotowywali przecież dokładny plan) proponują wcześniejszy odpoczynek połączony z dodatkową atrakcją - nocą z duchami. Nietrudno sobie wyobrazić słowa Diatłowa w stylu "Patrzcie, to Góra Umarłych, tubylcy wierzą że jest przeklęta. Może sprawdzimy ile w tym prawdy?"

Zakładają obóz na zboczu wzniesienia. W namiocie starają się odtworzyć jakiś rytuał wzywania umarłych. Ku zdziwieniu wszystkich, dochodzi do zagadkowych zjawisk. Pojawia się tajemnicza postać. W przerażeniu opuszczają namiot, a zjawa unosi się nad ich obozem. Znajdują schronienie w pobliskim lesie i wypatrują czy "coś" opuściło miejsce ich noclegu. Wywołany duch nie pozwala im przeżyć tej nocy - tych, których nie zabił mróz, zabija własnoręcznie.

W świetle sprawy z Canitas, powyższa wersja wydarzeń wydaje się być prawdopodobna. Podejrzewam, że niejedna osoba wpadła na podobny pomysł. Nikt jednak nie ma odwagi publikować takich opinii. Pomyślcie, co by się stało z naukowcem lub policyjnym specem który stwierdziłby, że grupa Diatłowa zginęła w wyniku ataku demona. Po pierwsze straciłby pracę, po drugie środowisko by go wyklęło, po trzecie skasowano by cały jego dorobek. Ja niczym nie ryzykuję, dlatego dzielę się z wami moimi spostrzeżeniami. 

21 komentarzy:

  1. Czyżby wyjaśnienie zagadki przysporzyło autorowi jakichś problemów, że nie pojawiają się nowe wpisy? :)

    Czekam na kolejne!

    OdpowiedzUsuń
  2. canitas i incydent na przełęczy nie mają żadnych wspólnych okoliczności ani cech.
    Grupę Diatlowa "coś" lub "któś" czego nie widać było przez brezent wprawiła w taką panikę że uciekli prawie boso rozcinając namiot.
    Musiał być to jakiś dźwięk o ogromnym natężeniu, prawdopodobnie również promieniowanie elektromagnetyczne które spowodowały zmiany zaobserwowane przez ekipę ratunkową na ciałach ofiar (zmiany barwy skóry, siwe włosy).
    Co było źródłem tych zabójczych efektów nie wiemy -można się tylko domyślać ,że nie miały one nic wspólnego z plemieniem Mansów, ani eksperymentami wojskowymi.
    Dzisiaj (8.01.2013) wszedłem na google earth i znalazłem sporo zdjęć z okolic otorten- skaliste formy (ostańce) podobne do tych z okolic ojcowa, poza tym zielona trawa, tajga w głębi- i nic specjalnie niepokojącego.
    Być może wybiorę sie w tamte okolice...
    bowke.

    OdpowiedzUsuń
  3. Duchy kuźwa, a niby skąd wiesz że zabrali się za wywoływanie duchów? Jeden z tych dziesięciu wrócił wcześniej z wyprawy, bo zachorował, reszta poszła dalej i zginęła. Są świadkowie, co oni tam w tym obozie robili? Jak tajemnica niewyjaśniona to pewnie duchy. Dobre sobie

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja mam podobne skojarzenia jak autor, mogli wywolywać duchy, cos ich wystraszylo, tylko te obrażenia nie pasują... ale ja mam teorię ze duchy czlowiekowi krzywdy nie moga zrobic, demony to co innego...

    OdpowiedzUsuń
  6. W Tybecie Wielcy mistrzowie pokonowyli demony na... przełęczach.
    Powyższa dywagacja nie tłumaczy napromieniowanych ubrań, oraz tego iż przez 2h nikt ich nie scigał. Nie wnętrzności, a kości mieli połamane, bez oznak uszkodzenia zewnętrznych tkanek. Osiwieli chyba ze strachu... Ostatnia czwórka wykopała sobie jamę w śniegu. Chyba tam osiwieli.
    Maro

    OdpowiedzUsuń
  7. mieli kryształową kulę i zobaczyli jaki burdel będzie w XXI wieku

    OdpowiedzUsuń
  8. Osiwienie ze strachu to tylko mit, zostało dowiedzione, że jest to niemożliwe. Na duchy nie ma absolutnie żadnego potwierdzenia. A co z dziwnym światłem które widziała inna ekipa, która stacjonowała 50km dalej? Ten fakt autor pominął, widać do duchów nie pasował...

    OdpowiedzUsuń
  9. ta zły demon ich zabił dobre sobie autor tego artykułu chyba ma nas za religijnych i zabobonych fanatyków żadnych duchów i demonów nie ma a caritas jak dla mnie to plotki tak samo jak amitivile cokolwiek się przydażyło turystom to nie demony wspomiany dziwny kolor ich skóry i tajemnicze światła śiadczą o tym że prawdopodobnie armia zssr robiła tam jakieś doświaczenia poza tym na miejscu znaleziono fragment tkaniny z wojskowego płaszcza i kilka rzeczy nie nalerzących do turystów sprawa jest prosta studenci widzieli za dużo i musieli zaginąć to był zssr przestańmy wymyślać demony i myślmy racjonalnie pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  10. Polecam szukać lepszych źródeł, a nie powtarzać ślepo zlepek sensacyjnych informacji selekcjonowanych i podawanych użytkownikom przez pryszczatych, nastoletnich moderatorów najpopularniejszych polskich portali o ufo, ofu, ludziach lodu, śniegu, lasu i innych cudów.
    Polecam! http://taina.li/forum/index.php?topic=1265.600

    OdpowiedzUsuń
  11. czasami najprostsze teorie są najtrafniejsze.
    lawina? byłyby ślady.
    ufo? bez jaj.
    przebłyski? race wystrzeliwane przez lekko wziętych "członków załogi"
    dziś robimy testy po śmierci danej osoby na różne trucizny i używki. czy dawniej robiono narkotesty?
    tylko mocny twardy narkotyk powoduje taki "odjazd"

    OdpowiedzUsuń
  12. Wywoływanie duchów? 9 komunistów?

    OdpowiedzUsuń
  13. Teraz czekam, aż autor przy kanapeczce i herbatce wyjaśni wszystkie inne zagadki: Kuba Rozpruwacz itp. itd. Coś tam wpadnie mu do głowy, coś wypadnie, znowu wpadnie - i koniecznie opisze to. Bardzo prosimy. Naprawdę wszyscy traktują go jako poważnego badacza!

    OdpowiedzUsuń
  14. to juz kompletna bzdura z tymi duchami...lepiej zajmij sie Autorze swoja kanapeczka:)

    OdpowiedzUsuń
  15. Żenujacy przykład tworzenia kolejnych bredni. Autor nawet nie przeczytał akt sprawy, byłoby to niewygodne i nieprzydatne w preparowaniu idiotycznych teorii spiskowych. Bez komentarza. Nie bez powodu tytuł strony brzmi "pseudonaukowo".

    OdpowiedzUsuń
  16. Wywoływanie duchów w Związku Radzieckim... no cóż.

    OdpowiedzUsuń
  17. Rozwiązanie jest banalnie proste, drodzy czytelnicy...
    Trzeba tylko uważnie prześledzić całą historię i co najważniejsze okoliczności.
    Góra na, której rozbili obóz nazywa się Cholat-Siahl(w dialekcie tubylczym oznacza "martwa góra")a dlaczego? Bo nic tam nie rośnie, niema tam też zwierząt, które niejednokrotnie są mądrzejsze od ludzi w kwestii wyczuwania szkodliwych dla nich zjawisk czy miejsc.
    A dlaczego nic tam nie ma? Bo to miejsce w, które walnął METEORYT, stąd ogromne promieniowanie, brak roślinności i zwierzyny.
    A że to Syberia to nie powinno nikogo dziwić, że znajduje się tam miejsce gdzie meteoryt postanowił sobie uderzyć.
    Nie jest to jedyne miejsce na Syberii gdzie dzieją się takie "dziwne" zjawiska, proszę poszukać informacji o diabelskim cmentarzu nieopodal wsi Karamyszewo. W książce "Ziemia szamanów" (wyd. 2014) Grzelak wspomina, że ponad 70 ludzi przepadło bez wieści próbując zbadać ten fenomen (diabelskiego cmentarza). Nieco światła na to, co się tam dzieje rzuciła relacja niejakiego Aleksandra Rempela z Władywostoku, który twierdził, że w 1991 r. jego ekipa wykryła tam niezwykle silne pole elektromagnetyczne, a badacze padli ofiarą dziwacznych efektów psychofizycznych, z koszmarnymi snami włącznie.
    I tyle wystarczyło... źle dobrane miejsce na obóz, może trochę alkoholu, jeden bodziec, który po dość mocnym napromieniowaniu nieszczęsnych wydał się koszmarem. Panika i ucieczka. Nie było tam innych śladów, tylko ich własne. Odbiegli na 2km, może poczuli się lepiej i chcieli wrócić (żeby z powrotem się napromieniować)ale już nie dali rady. Ci którzy mieli mocniejsze doznania uciekali dalej, kradnąc ubrania tym co już zamarzli. A przy -30 stopniach szaleńczy bieg przez las, naćpanych, napromieniowanych i może pijanych ludzi jest świetnym sposobem żeby rozwalić się o drzewa kilka razy, przy okazji można sobie odgryźć język (biedna dziewczyna), wbić żebro w płuca czy rozwalić głowę. A paniczny lęk przed wyimaginowanym napastnikiem każe wstawać i uciekać dalej w ciemnościach pomimo ran i mrozu. A na końcu czekała na nich dziura, głęboka na 6m, która z całą pewnością dokończyła dzieła. Jeśli ktoś nie wierzy, że można sobie zrobić krzywdę uderzając o drzewo z pełną prędkością, polecam obejrzenie klipu zespołu Prodigy- Voodoo People (Pendulum remix).
    W podsumowaniu napiszę tylko, że zabiła ich wyobraźnia, napromieniowany meteoryt na, którym spali i instynkt każący im uciekać. Dlatego władze ZSRR zamknęły tamten obszar, i nikt z was raczej nie będzie miał okazji zwiedzić tego miejsca.
    A jeśli ktoś oczekiwałby, że miejsce zderzenia meteorytu z ziemią będzie przypominało raczej krater, to niestety muszę zmartwić bo postać krateru to pewnie miało przez jakieś 1000 lat po zderzeniu a potem naturalne procesy w przyrodzie zajęły się resztą i "wyrównały teren".
    Pozdrawiam przestraszonych- RACJONALISTA.

    OdpowiedzUsuń